Część I – Szkolenie

fotografia: Stanley Kubrick

***

     Nie lubię takich dni jak ten dzisiejszy.  Wstałem wcześniej niż zwykle i szykowałem się w podróż służbową. Spakowane wszystko wczoraj dzisiaj jeszcze zostało dokładnie przejrzane… Kalendarz? Jest! Laptop? Jest! Kanapki? Są!… Jeszcze włożyłem do kieszeni discmana i wielkie słuchawki z pałąkiem – opatulały szyję jak plastikowy szal… Była 7:10 jak sprawdziwszy dwa razy poprawność zamknięcia drzwi frontowych zbiegałem po schodach, by udać się na pobliski dworzec kolejowy. Dlaczego akurat pociągiem? Mimo, że mam samochód w podróże służbowe przeważnie wybieram się masową komunikacją. Nie wiem czy to z powodu lenistwa, czy wygody, czy może po prostu później jestem za bardzo zmęczony, by wracać jeszcze samochodem do domu. Nie zwracając jednak uwagi na powód takiej decyzji dzisiaj znów wybrałem podróż pociągiem. Na dworcu jak zwykle specyficzny, niemiły zapach ludzkiego zmęczenia i kolejka po bilety. Stojąc za jakąś uczennicą gadającą zbyt głośno przez telefon posuwałem się małymi kroczkami do wybranej kasy biletowej. „Poznań, pospieszny, powrotny…” – wymówiłem magiczne zaklęcia i po chwili biedniejszy o kilkadziesiąt złotych czekałem już na peronie na swój pociąg… Towarzystwo jak zwykle rozmaite w przeważającej liczbie studenci i niewyspani uczniowie…

Pociąg wjechał na peron drugi i po przedarciu się przez tłum wysiadających zacząłem szukać po przedziałach jakiegoś wolnego miejsca. Pomimo tak wczesnej pory, nie było to łatwe, sporo młodzieży zalegało już w przedziałach – część z nich dosłownie leżała. Jakimś trafem udało mi się znaleźć jeden przedział, prawie na końcu składu, gdzie siedziała jakaś kobieta pochylona nad notebookiem… – „..zię..bry..” – wymamrotałem wchodząc do przedziału – „Wolne?” – uśmiechnąłem się do dziewczyny. – „Dzień dobry! Tak proszę, wolne…” – powiedziała bardzo kojącym głosem i uśmiechnęła się patrząc mi prosto w oczy. Co to było za spojrzenie. No nic, usiadłem na przeciwko niej prawie dotykając jej odkrytych kolan sięgnąłem do plecaka po discmana i płytę… Wiem, że słuchając muzyki w słuchawkach, a słucham jej dość głośno, zawsze dźwięk mimo wszystko wydobywa się poza „mój obszar” i może to przeszkadzać innym wokół mnie. Już chciałem się spytać, czy mojej współtowarzyszce podróży nie będzie przeszkadzało jak poslucham sobie muzyki, gdy nagle – ”Ewa” – padło  w moim kierunku – „Jestem Ewa, jesteśmy skazani na wspólną podróż to może się chociaż poznamy…” – kontynuowała. Muszę przyznać, że byłem zaskoczony autoprezentacją Ewy, ale nie chciałem być gorszy.. – „Adam, a ja jestem Adam, miło mi Panią poznać…” – „Aż tak staro wyglądam Adamie?” – i uśmiechnęła sie znów cudnie patrząc mi głęboko w oczy.  – „Nie, no…” -  próbowałem wytłumaczyć, że przecież się nie znamy i to tak grzecznie i w ogóle.. -”No to Ewa – Adam, Adam – Ewa” – i wyciągnęła dłoń w moim kierunku i znów się uśmiechnęła. – „Zamierzałeś sobie posluchać muzyki?” – dodała cały czas się uśmiechając i patrząc na mnie tak głęboko… Nie wiem co się stało, ale momentalnie poczułem że jestem cały mokry, wycofałem delikatnie  swoją dłoń, bo i ona zrobiła się cała mokra a w głowie słyszałem swoje bicie serca -”Mało się widzi teraz ludzi słuchającch muzyki z discmana, przeważnie katują swoje telefony albo jakieś chińskie empetrójki…” – Ewa mówiła dalej a ja dokładnie się jej przyglądałem. Kruczoczarne proste włosy, duże zielone oczy, luźna bluzeczka i kusa spódniczka… Była bardzo atrakcyjna i do tego potrafiła sobie zjednać człowieka od razu, w tym pierwszym momencie rozmowy. Miałem wrażenie, że znamy się od lat a nie od 10 minut, że coś mnie w niej przyciąga, coś zniewala i powoduje, że mam mokre dłonie.. „Tak, owszem Ewa – odezwałem się po chwili – słucham z odtwarzacza CD Audio mimo, iż jest nieporęczny i zajmuje jak widzisz więcej miejsca. Cenię sobie jakość tego co słucham, i dlatego słucham z płyt Audio a nie z plików MP3. Do tego jeszcze dobrej jakości słuchawki i godziny spędzane na przykład w pociągu szybciej jakoś tak upływają…” – uśmiechnąłem się już do roześmianej Ewki. „Zaciekawiasz mnie coraz bardziej…” – powiedziała po chwili – „…no dobrze nie zawadzam już Tobie posłuchaj sobie ja wracam do moich zestawień na komputerku” – mrugnęła do mnie prawym okiem i zabrała się za swojego netbooka. Włączyłem płytę, która przyszła do mnie wczoraj pocztą prosto z rąk wykonawcy. „For my friend Adam – Nicolas Freedge. Hope you like it!” Tak pospiesznie napisał Nico w środku opakowania, które opatulało nowy materiał muzyczny przepełniony magiczną siłą wiatru i głosami kuszących syren… Co jakiś czas przypatrywałem się Ewie, która  oblizywała seksownie wargi i przebierała szybciutko palcami na klawiaturce swojego netbooka. Nie zauważała mnie teraz była całkowicie oddana temu co robi… Obok niej  na siedzeniu kilka stron wydruków pełnych tabel, wykresów i diagramów. Po półtorej godziny dobiliśmy do celu – Poznań – miasto studentów i wiecznie spieszących się ludzi. Tak zawsze zauważałem to miasto. Pociąg wtoczył się leniwie na Poznań Główny a my, towarzysze podróży pakowaliśmy pospiesznie swoje bagaże… „To co Adam? Do następnego spotkania?” – powiedziała Ewa, gdy staliśmy już na peronie. „A myślisz, że się jeszcze spotkamy?” – zapytałem się całkiem serio Ewę lekko się uśmiechając… „Jeśli dwoje ludzi chce się spotkać, na pewno tak się stanie!” – skwitowała Ewka – „Ale na wszelki wypadek dam Tobie namiary, szczęściu czasem trzeba trochę pomóc” – roześmiała się szczerze i podała mi w biegu zielony kartonik. „Ewa Wers, telefon, adres e-mail…” – spojrzałem ukradkiem i schowałem wizytówkę do kieszeni. „Do następnego razu!” – pożegnała mnie Ewa wyciągając rękę. Uścisnąłem ją serdecznie i poszedłem w kierunku wyjścia do miasta. Do hotelu, gdzie miało się odbyć szkolenie miałem jakieś 20 minut drogi piechotą. Nie jestem entuzjastą łapania taksówek, czy tramwajów, stwierdziłem, że jak zwykle udam się tam na piechotę. Wszyscy tacy zawsze są zabiegani, pędzą do swoich prac, swoich obowiązków, poddenerwowani studenci czekają na tramwaj… ot taka szarówka dnia codziennego. Nie byłem wcześniej w tym miejscu, wiec dokładnie śledziłem cały czas nazwy ulic, odszukując w pamięci, czy idę właściwą drogą… Hotel okazał się wielkim gmachem, jak na złość tuż przy przystanku tramwajowym, ale taki spacer po prawie dwugodzinnym siedzeniu w przedziale dobrze mi zrobił. Martwił mnie jedynie fakt, że znowu czeka mnie dwudniowe spotkanie z ludźmi z połowy Polski całkowicie mi nieznanych, samotnie spędzone wieczorne popołudnie i wieczór, by nazajutrz znów pojawić się na szkoleniu. Niestety jak trzeba to trzeba. Pani w recepcji zachowywała się dość grzecznie tłumacząc mi, w jaki sposób mogę szybko dostać się do swojego pokoju i gdzie można na spokojnie napić się kawy. „Oj tak” -  pomyślałem – „początek dnia bez kawy to w moim przypadku niewykonalne”. Udałem się z moją walizą do pokoju nr 234.  Pokój znajdował się na piątym piętrze i pewnie tylko widok za oknem zrekompensował mi to, że nie mogłem znaleźć windy. Lekko zziajany podziwiałem wspaniałą panoramę Poznania lekko skąpanego w słońcu i pełnego ruchu, zapracowania. Uwielbiam od małego dziecka ten dźwięk przejeżdżających tramwajów i cieszyłem się, że tutaj na tej ulicy przejeżdżają dość często tramwaje. Już nawet sobie snułem plany, że dzisiaj śpię przy otwartym oknie i zasypiam przy tych dźwiękach. Do pierwszej części szkolenia pozostała niecała godzina. Postanowiłem zejść na dół i wypić tę kawę na dole w kawiarence. Zamknąłem więc pokój nowoczesnym plastikowym kluczem z jakimś chip-em i poszedłem w kierunku schodów. Ku mojemu zdziwieniu ujrzałem charakterystyczne drzwi windy około pięciu metrów od drzwi swojego pokoju. Westchnąłem i wcisnąłem guzik przywołania… Nie wiem dlaczego ale gdziekolwiek jestem, w jakiejkolwiek restauracji, kawiarence czy pubie, zawsze kawa smakuje inaczej i zawsze gorzej od tej parzonej własnoręcznie w domu. Pomijając komentarz, że za kawę zapłaciłem jak za całą paczkę ekskluzywnej dobrej kawy próbowałem to coś wypić na spokojnie, wlać w siebie coś co mogło być jakimkolwiek źródłem kofeiny. W samej restauracji hotelowej było sporo osób. Wiązałem to oczywiście z planowanym dwudniowym szkoleniem z zakresu bezpieczeństwa IT, na które w końcu też sam przyjechałem. Po wypiciu kawy wysunąłem się pospiesznie jeszcze do góry po mojemu netbooka, by móc sobie na spokojnie uczestniczyć w pierwszej fazie szkolenia a może i przy okazji złapać gdzieś wifi i odebrać wiadomości z gmaila. Tak jak przypuszczałem firma wykupiła chyba pół hotelu, bo na kondygnacji gdzie znajdował się mój pokój zrobiło się szumnie i wszyscy spieszyli na pierwsze spotkanie…  Dzień pierwszy szkolenia i pierwsze godziny zawsze są dla mnie najgorsze i jak to się mówi decyzyjne. Podawany jest plan, materiały, często przedstawiany jest szczegółowy plan szkolenia który został przesłany wcześniej z ofertą w e-mailu. Szkolenie się rozpoczynało, siedzieliśmy w wielkiej sali konferencyjnej z klimatyzacją, włączonym już i gotowym do pracy projektorem z prezentacją w beamerze. Ku mojemu niezadowoleniu na sali był również kącik kawowy i do wyboru, do koloru – kubeczki, kawy, czajniczki i para wokoło. „Po co ja piłem tą kawę?” zarzucałem sobie swój pośpiech. Byłą godzina jedenasta z minutami, kiedy na sali przed wielkim stołem z podstawionym mikrofonem zasiadł jegomość w garniturze - „Dzień dobry Państwu, nazywam się Andrzej Paciorkowicz i dziś mam zaszczyt rozpocząć dwudniowe szkolenie teoretyczno – praktycznie z dziedziny bezpieczeństwa IT w nowoczesnej firmie…” – zaczął wyuczoną regułkę nienagannie ubrany jegomość. Inni zaczęli rozdawać potrzebne gadżety, materiały. Pan Andrzej przedstawił tak jak przypuszczałem cały zakres i plan szkolenia i oświadczył nam, że będziemy dzisiaj wolni o godzinie osiemnastej.   – „Pierwszą część szkolenia poprowadzi dla Państwa Pani Ewa Wers, prosimy Pani Ewo…”. Przez moment wydawało mi się, że znam to nazwisko, tylko skąd? W tym momencie jak ktoś mnie akurat w tej chwili obserwował na pewno dostrzegł mojego „karpia” którego zrobiłem jak Ona weszła… „Niesamowite! To ta Ewa!” – powiedziałem sobie po cichu a myśli skupiły się już tylko na tej dziewczynie… Jak można się było domyślać ta część szkolenia minęła mi bardzo szybko. Mimo, że miałem bogato przygotowane materiały, Ewa bardzo profesjonalnie wszystko omówiła. Nie wszyscy wszyscy byli pochłonięci szkoleniem, bawili się smartfonami i innymi tabletami a atmosfera była raczej luźna. Po pierwszej części szkolenia przyszedł czas na przerwę. Zszedłem na dół do kawiarenki, gdzie większość wybrała się po upragnioną kawę. Rozglądałem się za Ewą, ale widać została w sali konferencyjnej, po przerwie już niestety jej nie widziałem, rozpoczęła się druga część szkolenia, którą poprowadził już niejaki pan Heniu z wąsami. Chyba przez ten wąsik przypominał mi bardzo postać serialowego Czterdziestolatka. Reszta szkolenia już się zaczęła wlec niemiłosiernie.

***

Dochodziła godzina 16:00. Oficjalnie miał się zakończyć pierwszy dzień szkolenia. Niektórzy podczas przerw zdażyli już się zapoznać i umówić na resztę dnia i wieczór. Zerknąłem na komórkę. A niech to! Wyciszyłem dzwonki przed szkoleniem i nie zauważyłem smsa od Agaty – pierwszego na pewno nie zauwazyłem, a później przyszły już trzy. “I jak, dojechałeś?”, “Dlaczego się nie odzywasz?”,”Odpisz!”. Pospiesznie odpisałem “Przepraszam, telefon miałem wyciszony, wszystko ok, zaraz kończymy, potem zadzwonię” Poszło. Agata miała taka fobię, że musiała zawsze wiedzieć w jakim miejscu jestem, co robię, kiedy będę w domu itd. W przypadku szkoleń to już w ogóle najlepiej jakby pojechała ze mną… Skończyło się. Prowadzący podziękował i zakomunikował, że zgodnie z harmonogramem zaczynamy jutro o 9:00. Pozbierałem swoje materiały i udałem się do pokoju hotelowego. Niestety jakoś nie udało mi się z nikim zaznajomić na tyle, by dołączyć do grupy osób “spędzających razem czas” po szkoleniu. – “No i co ja teraz będę robić?” – powiedziałem do siebie po cichu, wychodząc z sali. – “Jednak się spotkaliśmy Adamie…” – usłyszałem przy drzwiach ten ciepły głos. – “Może wypijemy wspólną kawę zanim wyjadę stąd do siebie do Gdańska?” – uśmiechnęła się do mnie a ja twierdząco pokiwałem głową – “Dobrze, tylko zaniosę do siebie materiały, może tak za 15 minut w kawiarence na dole?” – zapytałem się i popatrzyłem w jej oczy. – “Wiesz co, a może tak za pół godziny w moim pokoju? Kawka będzie czekała i ja też. Pokój 135″ – i puściła do mnie oczko. – “Dobrze zastukam za pół godzinki” – odpowiedziałem i ucieszyłem się, że jeszcze będziemy mogli sobie chwilkę porozmawiać.

Dokładnie o 16:32 byłem przed drzwiami pokoju 135. Delikatnie zastukałem i po usłyszeniu “Proszę!” wszedłem do środka. Ewa siedziała przy małym stoliczku na którym stały już dwie filiżaneczki z pachnącą kawą, obok śmietanka, cukier nieopodal laptop grał jakąś popową muzyczkę. – “Wejdź, wejdź Adam, zapraszam.” Usiadłem posłusznie przy stoliczku. – “Dziekuję Ewa, bardzo się cieszę, że się spotkaliśmy, nawet nie przypuszczałem, że stanie się to tak szybko…” – powiedziałem gdy rozłożyłem się już wygodnie na małym foteliku. Uśmiechnęła się i powiedziała z uśmiechem – “No ja też byłam zaskoczona jak zobaczyłam Ciebie na sali, kto by pomyślał, że jedziemy na to samo szkolenie” – jej uśmiech był powalajacy – “No niestety ja dzisiaj wracam już do siebie, nie mam już więcej przemówień, przeważnie zaczynam takie szkolenia, a potem wracam tego samego dnia do Gdańska, jak zauważyłeś pociągiem. Zaprosiłam Ciebie, bo wydajesz mi się ciekawym człowiekiem, masz takie coś w oczach, taki artyzm…” – “Jaki ja tam ciekawy człowiek” – przerwałem jej niegrzecznie – “normalnie szary informatyk z małego miasta, ot tyle” – “Nie nie, widać, że jesteś jakiś inny, w tym dobrym tego słowa znaczeniu…” – i roześmiała się w głos – “…naprawdę to widać!” Poczułem się troszeczkę zmieszany, ale dowartościowany. Czułem się dobrze w jej towarzystwie. Czułem jej ciepło, takie przyjazne ciepło, a może to ta kawa? – “E tam, bez przesady” – odezwałem się po chwili – “normalny ze mnie człowieczek” – uśmiechnąłem się – “ale muszę Tobie również się do czegoś przyznać” – spuściłem wzrok – “zrobiłaś na mnie bardzo miłe wrażenie, i czuję jakbyśmy się znali od lat”… – “O widzisz”– powiedziała – “ja też coś takiego czuję” – sięgnęła po filiżankę i wypiła spory łyk kawy – “opowiesz mi coś o sobie? Co porabiasz, czym się zajmujesz? Ciekawa jestem bardzo” Rozejrzałem się – “Mają tutaj Internet? Pokażę Tobie coś…” – przerwałem jej nagle i podszedłem do jej laptopa – “…wiesz, mam takie dość niecodzienne hobby, chociaż znam sporo osób w tej chwili, które się tym trudnią “– otworzyłem przeglądarkę internetową i wpisałem adres strony – “posłuchaj tego, to radio, które współtworzę, w którym się spełniam…” – z głośników zaczęła płynąć spokojna muzyka z gatunku chillout a ja spokojnie powróciłem na miejsce i zacząłem pić kawę. Ewa słuchała, dłuższy czas słuchała z zamkniętymi oczami. – “Ładne to” – powiedziała po dłuższej chwili – “masz swoje radio?” Tak to był temat na który mogłem opowiadać bez końca, właściwie temat rzeka, gdzie mogłem opowiedzieć o początkach i bieżących sprawach, o problemach, jak i o tym co planuję w przyszłości, jakie mam marzenia. Właściwie ciężko to było nazwać rozmową, raczej moim monologiem, opowiadaniem, które na krótko było przerywane odgłosem ze strony Ewy w stylu “Super!”, “Jeny!” albo “Fajnie!”. Nawet nie zauważyliśmy kiedy zaczęło się robić szaro za oknem. – “Adam, polecę na dworzec, bo i ostatni pociąg odjedzie, naprawdę było super Ciebie poznać i spotkać i mam nadzieję, że będziemy w kontakcie!” – oznajmiła mi wstając z fotela. – “Ewa, no oczywiście mi również jest bardzo przyjemnie i nie masz pojęcia jak się cieszę, że Ciebie poznałem, musimy pozostać w kontakcie, bo ja niestety z kolei nic nie wiem o Tobie!” – powiedziałem pospiesznie z lekką nutką niedosytu w głosie, co Ewa skwitowała głośnym śmiechem – “No ja niestety nie jestem taką ciekawą osóbką, jak Ty, nie ma o czym gadać”. – “Eeee, na pewno jest Ewa, na pewno” – odpowiedziałem na uroczy usmiech –” a wiesz, odprowadzę Ciebie, bedziemy dłużej razem, co Ty na to?” – i zabrałem się za porządkowanie filiżanek ze stołu. – “Zostaw to, zostaw” – skarciła mnie – “dobrze zaraz się jakoś pozbieramy…” Na zewnątrz było już chłodno, z laptopem i większą podręczną torbą zmierzaliśmy w kierunku dworca pkp, szliśmy dość szybko, by nie spóźnić się na pociąg do Gdańska, który w Poznaniu tylko się zatrzymywał przejazdem. Jak to bywa o tej porze na peronie była spora grupka ludzi, studentów wracających do domu na weekend. Pozostało jeszcze kilka minut do przyjazdu pociągu. Jeszcze przez te parę chwil zapewnialiśmy siebie, że będziemy w kontakcie. Sprawdziliśmy czy mamy spisane do siebie numery telefonów. Żałowałem, że nie wiem zbyt wiele o Ewie, a ona patrzyła gdzieś w dal taka zamyślona i czarująca w świetle mizernie palących się lamp na peronie. Wjechał pociąg i pomogłem Ewie wnieść dużą torbę do wagonu, wyszła jeszcze na chwilę i pocałowała mnie w usta swoimi gorącymi wargami, a mnie przeszły takie ciepłe ciarki na plecach…. – “Nie myśl o tym za dużo! Pa!” – i to mówiąc weszła do pociągu i zamknęły się drzwi wagonu, pociąg ruszył, a ja stałem tak oszołomiony jeszcze kilka minut… Po powrocie do hotelu praktycznie położyłem się od razu do łózka, za dużo wrażeń jak na jeden dzień, zdecydowanie. A jutro znów kolejny dzień szkoleń z innymi prowadzącymi, jakoś trzeba to będzie przeżyć.

Dodaj komentarz

Please log in using one of these methods to post your comment:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s